Strony

Słowenia - Bośnia i Hercegowina - Chorwacja lipiec 2019

W tym roku padło na Bośnię i Hercegowinę oraz Chorwację. Słowenia była prawie po drodze, więc też tam wpadliśmy na chwilę. Brat chciał jechać do Włoch, a że z Włoch daleko do Bułgarii (zgodnie z założeniem tydzień zwiedzanie - tydzień morze), postanowił odwiedzić Chorwację. Z racji, że nasze dzieci lubią morze i dobrze się bawią z jego dziećmi zdecydowaliśmy się na tą Chorwację. Choć szczerze mówiąc, mało entuzjastycznie do tego tematu podchodziłem. Do Włoch nie chciałem, bo jak byłem w Toscanii, to sobie obiecałem, że to mój ostatni raz w tym kraju, Chorwacja droga i dużo ludzi... wiem, wybredny się zrobiłem:)
Nie ma tego złego...

Morze zawsze jest dla dzieci, bo ja nie lubię, więc przeboleje te kilka dni.
Bośnia - byliśmy, nawet kilka razy, ale zawsze tak pobieżnie, więc teraz
postanowiliśmy dokładniej. No i w sumie nawet fajnie wyszło.


Zaczynamy od Słowenii i Jeziora Bled. Tu też pierwszy raz zaliczamy mały offroad. Nawigacja prowadziła nas pod zakaz, więc musiałem wyznaczyć inna drogę. Ta inna droga była strasznie na około, więc postanowiłem przejechać skrótem widocznym na mapie.
Skrót okazał się leśną drogą, a jak już wyjechaliśmy z drugiej strony to okazało się, że był tam zakaz wjazdu... ale od naszej strony nie było zakazu :P


Widok z Ojstricy.


Całą noc jechaliśmy, więc należała się krótka drzemka.


Potem odwiedzamy wąwóz Vintgar. Bardzo urocze miejsce i nawet spodziewałem się większego tłoku. Może dlatego był mniejszy, bo się go spodziewałem i pojechaliśmy po południu:)
Dwa bilety dla dorosłych po 10 euro za głowę, dzieci po 1 euro od głowy.
Wtedy jeszcze wydawało mi się drogo, ale dwa dni później byliśmy zobaczyć Jeziora Plitwickie:)




Przypadał nam nocleg w aucie, więc trochę przed Lublaną znalazłem miejscówkę i poszliśmy spać.


Kolejny dzień to Ljubljana. Ze dwie godziny na mieście i zamku i uciekamy w kierunku Bośni.









Jadąc do Parku Una w Bośni okazało się, że jesteśmy 15 km od Jezior Plitwickich.
Ja już tam kiedyś byłem, ale obiecałem Ani, że kiedyś ją tam zabiorę...
No i właśnie przyszedł ten dzień:)
Tym razem hotel jakieś 30 min od Jezior i rano o 7.00 jesteśmy przy kasach. Teraz z racji ograniczenia ilości dziennych wejść (max 10 tys ludzi dziennie) i sprzedaży biletów przez internet (trzeba kupić dwa dni wcześniej), żeby się dostać do Jezior trzeba rano wcześnie wstać i stać w kolejce i liczyć na to że starczy biletów (nie wszystkie sprzedają przez neta) :)


Wstęp jedyne 150zł od osoby (dzieci za darmo)




Kolejne dwie noce spędzamy w Kulen Vakuf na polu namiotowym.
Śpimy w aucie, ale mamy dostęp do łazienek.



W jeden dzień jedziemy do Martin Brod.




i na zamek w Kulen Vakuf.




Na drugi dzień jedziemy do Štrbački buk. Ten wodospad nam się dużo bardziej podobał.
Jakbym wiedział, to do Martin Brod bym nie pojechał.



Kolejny przystanek to Jajce i nocleg w aucie nad jeziorem.
Wieczorem zwiedzamy jeszcze miasteczko.




Takie okazy pływały rano koło nas.


Następnie przemieszczamy się do miasta Travnik.









Po kilku dniach patrzenia na atrakcje wodne mamy już trochę dość.
Na szczęście kolejne miejsce to Lukomir, mała wioska położona na 1595 m n.p.m.
Jak się później okazało, najlepsza droga jest od strony Umoljani, my pojechaliśmy od strony Konjic.
11km - 1h 40m - spore momenty drogi z kamieniami wielkości pięści, kilka ostrych podjazdów,
generalnie ja się raczej żadnych dróg nie boje, ale tam lekko nie było.
Poznałem Polaków, którzy się wycofali z tej drogi i pojechali właśnie od Umoljani.
Według nich tam to była autostrada:)


Jednak trud okazał się słuszny. Piękna wioska, ludzi praktycznie wogóle.
Wynajmujemy pokój za 50 euro ze śniadaniem.




Wieczorem idziemy jeszcze na wzniesienie nad wioską.





Nasz hotel.


Rano Ania z dziećmi sobie śpią, a ja wstaje o 5 i idę
zobaczyć jak słońce wstaje w Bośni i Hercegowinie:)








Słońce wstaje całkiem normalnie ok 5.45:) ale wioskę zaczyna oświetlać dopiero ok 7.00.
Czekając, aż zacznie świecić na wioskę z nudów policzyłem ile jest tam budynków:)
Wyszło mi 75.


Z tego co się dowiedziałem od naszego gospodarza, ludzie mieszkają tam od maja do października.



Nasze śniadanie, skromne, ale jedno z lepszych jakie jadłem w życiu. A powiem Wam, że mam porównanie, bo często jadam śniadanie w hotelach z racji mojej pracy.
Dostaliśmy własnoręcznie pieczone przez właściciela bośniackie bułki, do tego omlet, dżem, dwa rodzaje sera i kawę bośniacką. I w sumie to wystarczyło, żeby nas zadowolić:)
Każdemu polecam odwiedzić to miejsce z noclegiem i śniadaniem:)
Jeśli dobrze widziałem są tam 3 pensjonaty.


Jeszcze jedno przejście po wiosce



i uciekamy w okolice Sarajewa na słynne opuszczone skocznie olimpijskie z 1984 roku.


Skocznie niestety są w ruinie, chociaż w sumie jakby nie były, to mnie by też tam pewnie nie było:)



Po skoczniach można chodzić, nie dopatrzyłem się żadnych zakazów, nic nie jest zamknięte.








No może poza wieżą sędziowską, ale tam też było wejście, tyle że nielegalne i przez okno od WC.









Więc jak dzieci się bawiły na dole, a Ania piła kawę, ja poszedłem zobaczyć co słychać na wieży.





Kolejne miejsce to jezioro Prokosko.
Miejsce jak i dojazd jest bardziej cywilizowane.
Przede wszystkim płaci się tam wstęp (2KM od osoby + 10KM za auto).
Droga to 16km szutru, ale tam dojazd zajął nam ok 40 min (dojechałbym szybciej, ale wlekły się przede mną dwie terenówki). Dużo więcej miejsc noclegowych,
widać że to miejsce turystycznie żyje dużo bardziej niż Lukomir.
My akurat wjechaliśmy tam po 20.00, a wyjechaliśmy ok 10.00 rano więc mieliśmy
wioskę praktycznie dla siebie.


Spaliśmy a aucie, w nocy trochę postraszyła nas burza (no dobra, waliło piorunami z każdej strony)
Wieczorem nic tego nie zapowiadało, oglądaliśmy piękne gwieździste niebo.
Na szczęście do rana się wypogodziło i mogłem iść zobaczyć jak wstaje słońce nad Prokośko jezero.





Tak tak, jeszcze ja się tam mieszczę:) Luksusów nie ma, ale da się przeżyć, znaczy przespać.


Poranna toaleta:)








Błagaj, to nasz następny przystanek. I zgodnie z nazwą miejscowości błagałem żebyśmy jak najszybciej z stamtąd wyjechali. 37 stopni, i jakaś rzeczka wypływająca ze ściany skalnej.
Na dodatek pełno ludzi. Może to i fajne, ale dla mnie to była strata czasu:)
Czytałem przed wyjazdem relację któregoś bałkańskiego blogowicza, że miejsce raczej obowiązkowe...
no i tak to jest, jak się za dużo czyta:)


To już nasze ostatnie podrygi w Bośni, po dwóch nocach w aucie wynajmujemy hotel w okolicach Mostaru, wieczorem zwiedzamy Počitelj, a kolejnego dnia jedziemy na Chorwację.






No i jesteśmy. Jest fajnie, gorąco, multum ludzi, drogie parkingi:)
No dobra, nie marudzę już.
Zwiedzamy Split, Szybenik, Primosten, i siedzimy na płaży.








A teraz najlepsze na koniec:) No prawie koniec.
W piątek wieczorem zbieramy się w stronę domu. Wcześniej przeczytałem o pomniku Petrova Gora, że fajny i że blisko Zagrzebia. Ania powiedziała, że w takim razie w drodze powrotnej możemy go zobaczyć. Chyba nie do końca zdawała sobie sprawę z tego co powiedziała:)
Wpisuje w gugle (ach jak one potrafią urozmaicić życie) "Petrova Gora, klikam w pinezkę i pokazuje się pomnik, który chcemy zobaczyć. Wyznaczam trasę - 4h jazdy ze Srimy.
Ok. najpóźniej 17 wyjazd, żeby nie rozbijać się w całkowitej ciemności.
Droga większość czasu w deszczu lub ulewie. Zostało do celu 8,5 km i gugle mówi "skręć w lewo".
Wiedziałem, że dojazd może być jakąś szutrówką, ale tam gdzie mnie prowadzi,
chyba nikt nie jechał z 10 lat...
Zawracam, patrzę w gugle, jest droga z drugiej strony, trzeba tylko nadrobić 10km.
Pada deszcz, jest 21.30. Jedziemy, kończy się asfalt, do celu 8 km.
Wjeżdżam na drogę w lesie, bardzo wąską, przedzieram się przez pochylone na drogę drzewa i wysokie rośliny. Wszystko mokre od deszczu, do tego mgła. Po jakimś czasie dojeżdżam na miejsce.
Nic nie widać, las, mgła, przejechałem trochę za daleko, próbuję cofać, nic nie widać, kilka przekleństw pod nosem, otwieram drzwi żeby patrzeć do tyłu przy cofaniu, ale leje za bardzo.
Kilka głębszych oddechów, włączam wsteczny i naciskam hamulec - o teraz widać do tyłu na jakieś 50cm... droga wąska, cofam 2km/h, co chwila patrząc do przodu czy jestem jeszcze na drodze.
20 m cofania zajmuje mi chyba z 5 min...
I co?? i nic!!! tu nic nie ma, to nie może być tu! Wkoło las i nic więcej!
Patrze w telefon na mapy, hmm bośniacka sieć, po jakiś 5 min udało się złapać chorwacką, więc mam internet. Czytam o pomniku - znajduje się na szczycie Mały Petrovac w górach Petrova Gora!!!
Wpisuje Petrovac, włączam satelite na mapach - JEST!
Wyznacz trasę - 12km :(
12km po górach we mgle, w deszczu, między walącymi się drzewami na droge!
Ok, dziś mile wspominam, wtedy nie mogę zacytować co sobie myślałem:)
Ostatecznie o 23.00 podjeżdżamy pod pomnik, zatrzymuje się, jest miejsce na nocleg!
W tym momencie po drugiej stronie zapalają się światła w aucie.
Załamka, to niemożliwe, kto o tej porze (poza nami) przy takiej pogodzie może tu być??
Tylko ochrona albo policja. Myślałem, że mam długie światła więc chwytam żeby wyłączyć, ale nie, mam krótkie, więc poświeciłem mu na dodatek długimi :\
Auto rusza, na pewno do nas. Na szczęście odjechało w nieznane. Uff.
Rozkładamy się do spania.


Nastawiam budzik na 5.00 rano, wschód ma być o 5.45, więc chce być wcześniej.
Na szczęście już nie pada, tylko mgła jeszcze nie opadła.
Pomnik upamiętnia etnicznych Serbów, którzy zginęli w latach 1941, 1942 podczas walk z Ustaszmi.
Ustaszowie w 1942 roku przełamali opór Serbów, po czym dokonali na nich masowych egzekucji oraz zesłali do obozów, w wyniku czego zginęło 27 000 Serbów z regionu Kordun, co było 30% populacji.
Pomysł na pomnik powstał zaraz po zakończeniu II wojny światowej, ale dopiero w 1970 roku ogłoszony konkurs na projekt pomnika. W 1974 konkurs rozstrzygnięto - wygrał projekt Bakića i od razu przystąpiono do realizacji. Projekt okazał się bardzo skomplikowany i kosztowny, ale postanowiono go ukończyć.
Miał być gotowy na 4.X.1981 roku, co niestety się nie udało.
Pomnik nigdy nie został w 100% ukończony. Pod koniec lat 80 posiadał 37m wysokości, 3000m2 powierzchni, salę kongresową na 250 osób, bibliotekę, kawiarnie oraz muzeum walk Serbów z Ustaszami.
Niestety wraz z nadejściem wojny w latach 90' pomnik został zdewastowany przez wandali.
Budynek został splądrowany, rozkradziony i zniszczony.
W latach 90' służył jeszcze jako prowizoryczny obiekt szpitalny stworzony przez Serbów do leczenia ofiar wojskowych i cywilnych.


Wchodzę do środka (wejście jest nielegalne).


Pomnik robi niesamowite wrażenie. W środku słychać jakiś duży wentylator. Może chłodzi anteny na samej górze?? Budynek jest chyba wykorzystywany jako wieża dla jakiś anten.
Na samą górę prowadzą kręcone metalowe schody. Już prawie jestem na górze, ale widzę dwie kamery... cofam się, po co ma mnie ktoś zobaczyć.





Piwnice i drugie wejście do środka.


Wychodzę z budynku, chodzę na około, już mam wracać do auta, ale wychodzi słońce i pięknie oświetla budynek.




Może wejść jeszcze raz i zrobić zdjęcia?? Trochę się waham, a jak mnie ktoś zobaczył na kamerze??
No ale w sumie może tu już więcej nie przyjadę??
Dobra wchodzę.






Jest ładnie, warto było:)








Ok, misja zakończona, mogę wracać do swoich:)
I tak sobie zaczynam iść w kierunku auta, kiedy nagle widzę radiowóz jadący drogą...
Szybko się obracam i robię kilka fot aparatem (jakby chcieli zobaczyć czego zdjęcia robiłem, to im pokaże że tylko z zewnątrz). Po czym lecę do auta. Panowie już chwilę stoją,na szczęście nie obudzili Ani i dzieci. Proszą o dokumenty samochodu i pytają co tu robię.
Więc tłumaczę łamanym angielskim, ze kombak hom, end tutaj slip, end foto biutiful plejs.
Na szczęście sprawdzili dokumenty, podziękowali i sobie pojechali.
Potem w domu jeszcze dojrzałem na zdjęciach, że jedna kamera jest nad samym wejściem...







Po odjeździe policji oprowadzam jeszcze resztę ekipy z zewnątrz budynku
i udajemy się w stronę domu.


Po drodze zaglądamy jeszcze na starówkę Zagrzebia (ale to tak praktycznie bez wysiadania z auta).



A na obiad udajemy się do Szentendre na Węgrzech koło Budapesztu.
Mała, bardzo malownicza i droga miejscowość:)






o 23.55 meldujemy się w domu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz