Strony

Ukraina - Marmorasze i Czarnohora czyli od Popa do Popa kwiecień - maj 2018

No więc tak... kiedyś, gdzieś przeczytałem o szlaku dawną granicą polsko- rumuńską, który obecnie znajduje się na Ukrainie. Potem kiedyś, gdzieś przy wódeczce poruszyłem temat
w "złym towarzystwie" i plan na kolejną wyprawę gotowy:)
Kebab, wiadomo - bardzo chętny.
Andrzej, wtedy jeszcze niczego nieświadomy, też bardzo chętny:)
Wstępnie mamy iść na 4 dni, jednak potem okazuje się, że Kebab w sobotę (28.04) ma wesele, 
a Andrzej na 02.05 musi być z powrotem w domu...
Więc ostatecznie idziemy na 3 dni...
Trochę mało, ale... przecież nie zrezygnujemy:)
Pakujemy plecaki - wyjście jest z dwoma noclegami w namiocie, więc lekko nie będzie:)
Mój plecak ok 16kg bez namiotu (namiot każdy niesie jeden dzień).
Więc nie jest źle, ale ramiona i tak będą boleć:)
Wyruszamy o 00.20 z soboty na niedziele.
Kebaba zwijamy praktycznie z wesela - tzn. wraca do domu, przebiera się i wsiada do auta:)
Po weselu daje mu się wyspać w aucie, a ja wsiadam za kierownice.
Mam nadzieję, że granicę uda nam się przekroczyć w najdłużej dwie godziny.
Udaje się nawet szybciej - 1 h 10 min - co w sumie jest dla mnie zaskoczeniem:)
Pokonujemy 270 km do granicy słowacko - ukraińskiej, potem jeszcze 200 km do miejscowości Dilove, która jest naszym punktem startowym.
Cała droga dojazdowa zajmuje nam 8 h - świetny wynik:)
Zaraz po dotarciu na miejsce udajemy się do budynku straży granicznej, gdzie mamy odebrać pozwolenie na poruszanie się strefą graniczną. Bez tego pozwolenia nie wolno nam wyjść na szlak.
Trochę poczytałem o tych pozwoleniach (PERMIT), więc wiedziałem, że często się mylą przy wydawaniu. Jak się później okazało, pomylili się też w naszym:)
Ale o tym trochę później.
Zaraz po odebraniu Permitu szukamy miejsca do zostawienia samochodu.
Musi tu stać 3 dni, więc lepiej będzie mi się szło, jak będę wiedział, że ktoś się nim opiekuje:)


Wjeżdżamy na drogę, na której zaczyna się czerwony szlak i po chwili lądujemy u jakiegoś gospodarza na podwórzu. Kaczki, kury, kozy, psy, itd - dobra obstawa. Pytam, czy możemy zostawić auto na 3 dni - oczywiście nie ma problemu.
Pakujemy się, daje mu 10 euro opłaty parkingowej i wyruszamy:)
Jest godzina 9.30 czasu polskiego.


Idziemy sobie raźno szlakiem, a tu... nasi:) Może się zobaczą:)


Tu już Ukraińcy zostawili auto na szlaku.





Pierwszy śnieg - jeszcze nas cieszy:)



No i jest - po 5 h nasz pierwszy cel - Pop Ivan Marmoraski.
Tyle, że na razie widzimy go tylko z daleka:)













Po 1h 45min stajemy na szczycie  -1928 m n.p.m.
Kebab był pewnie z pół godziny wcześniej, ale my dużo zdjęć robiliśmy po drodze:P




Tu może wrócę do naszego Permitu. Pozwolenia wydawane są na przejście trasą od słupka granicznego nr... do słupka granicznego nr... Każdy słupek ma swój nr, który był też umieszczony na naszej mapie. Nasze pozwolenie obejmowało trasę od słupka 330 do 364.
No i spoko, jest pozwolenie na tyle słupków to po co jeszcze coś sprawdzać:)
A no po to, że nasz pierwszy punkt strefy granicznej to 364 słupek, a ostatni 413:)
Więc musimy wracać, bo jak nas złapią...


to co nam zrobią??? Oczywiście idziemy dalej. Na wszelki wypadek wydrukowałem zapasowe podania - jak nas skontrolują to będziemy udawać głupków i szukać rozwiązania:)


Ponieważ z Popa zaczęliśmy schodzić o 17.30, ja w nocy spałem tylko ok 1h, Kebab po weselu, więc szukamy miejsca na rozbicie namiotu. Chcemy się wyspać, żeby rano wstać i iść dalej:)
I tak szukamy, przed 10km brodząc w mokrym śniegu...
Pomału mamy dość, robi się ciemno, a tu cały czas mokry śnieg. My chcemy polane z trawą i sucho, żeby można było zapalić ognisko i wysuszyć przemoczone buty.
Haha, ale śmieszne - robi się noc, a końca śniegu nie widać!!!
Patrzymy na mapę - JEST !!!
Niedaleko zaznaczone pole namiotowe, trzeba kawałek zejść ze szlaku i będzie.


Rzeczywiście, udało się, jesteśmy uratowani:) 21.00 polskiego czasu, jest ciemno, ale oczywiście mamy czołówki - dwie, bo jedna odmówiła posłuszeństwa...
Zdjęcie powyżej robione już rano. Jedzenie spakowane do siatki i powieszone 3m nad ziemią,
jak piszą w poradnikach, żeby misiu nie spałaszował:)
Zapalamy ognisko, jemy kolacje, suszymy buty i idziemy spać.
I tak śpimy sobie do ... o kurcze, 10.00!!!


Ale to nic, przecież dziś po wczorajszej wyrypie ma być lajtowo, więc na spokojnie jemy śniadanie, pakujemy namiot i manatki i ruszamy w drogę.
Dziś mamy nadzieję, że śniegu już będzie tylko troszkę, a najlepiej wogóle:)


Haha, drugi dzień to ok 20km, z czego tylko jakieś ok 18 km idziemy w śniegu.









Meżypotoki



Neneska










Woda - jak tylko była okazja to uzupełnialiśmy zapasy. Każdy musiał mieć w plecaku ok 3l. 


Między nami Stoh, kolejny szczyt, którego zdobycie zaplanowaliśmy na kolejny dzień.
Plan A zakładał przejście tylko odcinka Marmorasów.
Plan B był, ale raczej nierealny.



hmm, nierealny??Wróćmy do planu B.
Na tym znaku na Stoha jest "tylko 3,5km". Jest godzina 17.07.
Jakbyśmy wyszli na niego i zanocowali już pod nim, a nie przed nim, to może tak Pop Ivan Czarnohorski?? W końcu na niego jest tylko 15km, więc jak odejmiemy dystans, który przejdziemy dziś, zostanie tylko 11,5km. No chyba nie mamy wyjścia...







No i jest, Stoh (Stóg) 1653 m n.p.m.
Szczyt do 1772 roku dzielił Królestwo Polskie i Królestwo Węgierskie.
Kebab siedzi na słupku (Tripleksie), który przed II wojną światową  dzielił Polskę, Rumunię i Czechosłowację.






Schodzimy pod Stoha i zakładamy nasz biwak. Jest miejsce, w którym widać, że czasem ktoś się rozbija.



Brama strefy granicznej.


Oczywiście suszenie butów.



Palimy ognisko, pieczemy kiełbaski, potem ziemniaki (tak, tak, Kebab zabrał ze sobą 6 pożywnych ziemniaków - waga plecaka musi się zgadzać:))
Ok 22.00 naszego czasu, czyli ok 23.00 ukraińskiego słyszymy głośny ryk silników.
Okazuje się, że w oddali widać 6 quadów, które pod osłoną nocy poruszają się po górach:)
Wystraszali nas trochę, bo to może straż graniczna, a my przecież nie mamy pozwolenia, żeby tam przebywać. Do tej pory nam się udało, nie spotkaliśmy ani jednego pogranicznika, mimo, że ludzie pisali o częstych kontrolach na tym odcinku i na ostatniej prostej mamy mieć problemy?? Pogasiliśmy czołówki, w ognisku na szczęście tylko żar, bo pieką się ziemniaki.
Czekamy, są coraz bliżej...
Na szczęście okazało się, że to amatorzy sportów motorowych, przejechali koło nas i pojechali
w stronę Popa Ivana Czarnohorskiego.


Wstajemy tym razem wcześniej, ok 7.00.
Na pniaku zestaw śniadaniowy:
- parówki
- kawa
- no i oczywiście po takim żarciu papier i  ...:)




Ruszamy dalej,





 po drodze burzliwie dyskutujemy na temat planu B.





Już go widać - Pop Ivan Czarnohorski:)
Ale przecież nie mamy pozwolenia, zaczęła się Czarnohora i trzeba iść do Szybene po Permit.
To kolejne kilometry do nadrobienia...
E tam...najwyżej nas wygonią na dół, a my i tak będziemy tam iść:)


Szlaki są tam ... miałem napisać zaniedbane, ale w sumie mi to pasuje, że są takie, więc tak nie napisze:)
Drzewa, które są zwalone na szlak, nie są usunięte, kosodrzewina zarasta ścieżkę, że trzeba się przez nią przedzierać. Ma to swój urok. Jedynie Andrzeja trochę denerwowało, bo strasznie go słońce spaliło i każde obtarcie o gałęzie dawało mało pożądany efekt:)






Jaszczurka pilnuje pozostałości z oznaczeń polskiej granicy:)




JeeeeeST!!!
11,5km - ok 3,5h lepszych i gorszych chwil:)



Żurek na szczycie należał się jak mało kiedy:)




Na szczycie Popa Ivana (2028 m n.p.m.) znajdują się ruiny (obecnie odrestaurowywane) 
postawionego przed II wojną światową polskiego obserwatorium astronomiczno - meteorologicznego, nazwanym później "Białym Słoniem". 
Budowę rozpoczęto w 1936 roku, ukończono 1938r.
Przez 14 miesiące był najwyżej położonym obserwatorium w granicach Polski.



Ostatni etap miał być szybkim przedostaniem się do miejscowości Luhy.
Ze szczytu mieliśmy 20km, i chyba były to najdłuższe 20 km na całej wyprawie:)
O ile pierwsze 10 km "jeszcze po górach" szło się fajnie,




to ostatnie 10 km po tej drodze to była jakaś tragedia:)
Kilometry się dłużyły w nieskończoność, nogi odmawiały posłuszeństwa (Andrzejowi ze zmęczenia, mi wysiadł prawy achilles...) Tylko Kebab oczywiście szedł jakby dopiero zaczął wyprawę:)
Pokonaliśmy łącznie ok 80km.
Koniec wyprawy to już łapanie okazji, ponieważ nasze auto stało 40 km dalej w Dilove.
Na szczęście Ukraina to jeszcze taki kraj, gdzie ludzie poruszają się autostopami.
Ja i Andrzej łapiemy okazję bezpośrednio do Dilove, gorzej miał Kebab.
Zdecydowaliśmy się rozdzielić, bo wszystkie auta, które się zatrzymywały miały tylko dwa miejsca, a nas było trzech...
Nasza podróż bez większej historii, z chłopakami z Uzhorodu.
Kebab natomiast pierwsze jechał na pace pickupa w deszczu, potem z Michaiłem tirem, aż wreszcie Stefan przywiózł go na miejsce. U każdego wysłuchał jakiejś życiowej historii, więc jemu podróż przebiegła dużo ciekawiej.
O 20.00 udaje nam się wyjechać z Dilove. Zaraz po wyjeździe zatrzymuje się na chwilę, żeby się przebrać przy rzece koło słupka granicznego i oczywiście po 2 min już są przy nas odpowiednie służby:) Straż graniczna od razu nas stamtąd przepędziła:)
Granica ukraińsko- słowacka przekroczona w ok. 1 h, więc też wynik świetny. 
Tylko celnicy na granicy oczywiście musieli o sobie dać znać. Przetrzepali nam samochód w poszukiwaniu nie wiadomo czego. No i wszystko by było ok, bo niby taka ich praca, gdyby nie jeden zachłanny, który chciał mi "ukraść" szwajcarski scyzoryk. Napisałem "ukraść" w cudzysłowie, bo on chciał to zrobić tak "ładnie":)
Zapytał czy oryginalny - ja mu odpowiedziałem, że tak i że to prezent od żony, na co on popatrzył, rozłożył, przytulił do siebie i mówi do mnie:
-prezent?? dla mnie.
Uśmiechnąłem się szyderczo do niego i powiedziałem, że nie ma mowy.
Przeszukał na złość jeszcze raz całe auto i odpuścił. 
Przed 5.00 jesteśmy w domu:)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz