Strony

Ukraina - Połonina Borżawa rowerem kwiecień 2019

Od niedawna z Kebabem i Grabsonem próbujemy sił na rowerach w górach.
Po kilku wyjazdach na Turbacz i Wietrzny Wierch na Słowacji postanowiliśmy spróbować czegoś
bardziej spektakularnego :) Wybór padł na Połoninę Borżawę na Ukrainie.
Kiedyś już tam z Kebabem byliśmy pieszo, ale wtedy nie udało nam się dojść
do byłej bazy wojskowej i jeszcze jednego miejsca, którego i tym razem nie
znaleźliśmy.
Jesteśmy bardzo sprytni, bo wyjeżdżamy w czwartek wieczorem, tak żeby na granicy
nie stać za długo. Granicę mamy przekraczać w Ubli.
Wszystko idzie zgodnie z planem, na granicy meldujemy się ok 3.00 w nocy i....

po 6h spryciarze są z drugiej strony granicy:)

Ukraińcy wracają z pracy za granicą do domów na weekend, czyli wyjeżdżają w piątek i są na granicy w sobotę rano, ale tym razem zaczynały się prawosławne święta Wielkanocne, więc jechali już na Wielki Piątek:) Dzięki temu to mój najdłuższy postój na granicy SK - UA.

Nawet wyjątkowo zapłaciłem "na kawu" celnikowi, bo już nie miałem siły na użeranie się z nimi, poza tym zapomniałem zielonej karty, więc zależało mi, żeby kontrola przeszła bez zbędnych pytań.
Zaczęło się od tego, że przyszedł celnik w białych rękawiczkach z pytaniami m.in. o lekarstwa.
Oczywiście skłamaliśmy, że nie mamy, bo przyznanie wiązało się z tłumaczeniem do czego te leki i na pewno straszeniem i większą łapówką za przejazd.
Na szczęście celnik w białych rękawiczkach został do czegoś wezwany, a w tym czasie przyszedł inny celnik, który postanowił nas "dokończyć". Sprytny celnik wziął mnie do budki, gdzie się wypełnia deklaracje celne i zapytał, gdzie jedziemy. Jak się dowiedział, że na Połoninę Borżawę, kazał mi wypełniać pozwolenie na wjazd tam rowerem w języku ukraińskim.
Oczywiście ten druk to było zupełnie co innego, ale to był moment w którym mnie złamał,
i dałem mu"na kawu". Szybko odznaczył nas w systemie i...

zaczęło się od nowa:)

oczywiście napatoczył się celnik w białych rękawiczkach...
- "to ja pracował, a jemu dajesz??"
Skończyło się, że go delikatnie wyśmiałem i zostaliśmy wypuszczeni.


Dojeżdzamy do miejscowości Wołowiec (Volovet's), gdzie miła babcia
udostępnia nam miejsce na zostawienie samochodu.
Ja w takiej sytuacji zawsze zostawiam jakieś EURO w podziękowaniu za parking.


Zaczynamy podjazd na Płaj. Po nieprzespanej nocy początek mam dość ciężki, ale jakoś daje rade:)







Na Płaju znajduje się stacja meteo i przekaźnik radiowo-telewizyjny. Tam spotykamy jedną z trzech osób spotkanych przez dwa dni. W drodze powrotnej udaje nam się nawet od tej osoby uzyskać butelkę wody (tylko jedną, bo nie mają tam bieżącej wody, tylko ktoś wywozi autem).








W pewnym momencie trochę przed 19.00 dopada nas mały deszcz, potem grad, a potem wątpliwości co robić dalej. W ramach odciążania plecaków, postanowiliśmy, że nie bierzemy namiotu (każdy i tak miał plecak w granicach 12kg). Wiedziałem, że są tam stare budynki, tylko nie byłem do końca pewny, czy ich stan pozwoli nam na spanie w nich.
Ostatecznie po kilku analizach, zapada decyzja, że  próbujemy dojechać do starej bazy wojskowej.
Na zdjęciach w necie wyglądała całkiem nieźle, więc może znajdzie się jakieś miejsce do przenocowania.







Jest, udaje się, w końcu nasz "hotel Arłamów". Może trochę odbiega standardem, ale jest OK:)
 Lekko nie było, ale jesteśmy na miejscu.
Rozpalamy ognisko, pieczemy kiełbasę i szukamy najlepszego miejsca do rozłożenia karimat.
Tu niestety już nie jest tak kolorowo. Dachów nie ma, albo są zawalone resztki, albo wyglądają jakby miały się zaraz zawalić:) Wszędzie gruz. Wybieramy według nas najlepsze miejsce, robię miotłę z gałęzi, żeby pozamiatać gruz i




rozkładamy dwie karimaty, które łączymy taśmą. Jakoś tak wyszło, że zapomniałem wziąć z domu trzeciej, ale to mały szczegół. Mamy przecież cały metr łóżka na trzech.
Wypas:)
Do końca życia nie zapomnę porannego bólu pleców, żeby się obrócić musiałem budzić chłopaków (spałem w środku). Przez pół nocy waliło piorunami z każdej strony, a na twarz leciał ciepły kapuśniaczek:) Ale spoko, dziś to już miłe wspomnienia.

W pierwszy dzień pokonaliśmy 18,3km i 1150m przewyższenia w górę i 546 w dół.
Niby niewiele, ale jednak nie powiem, że się nie zmęczyłem:)






Poranne zwiedzanie ruin budynków.
Wstaliśmy przed 5.00, bo tak się wyspaliśmy w tych luksusach, że już nie mogliśmy wytrzymać dalszego leżenia:)










Kilka fot na Stohu.








Byliśmy przygotowani na 4 dni, przepustki u żon załatwione, ale niestety pogoda nie dopisała...więc musieliśmy wracać.


Na koniec żurek po drodze i powrót. Granica w drugą stronę zajmuje nam niecałą godzinę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz